Oscary, Oscary 2015

oscary2015Oscary, Oscary 2015

Ponad 30 godzin bez snu, podwójne podkowy pod oczami oraz zmęczenie, to coroczne objawy oglądania gali rozdania Oscarów. To już piąta z rzędu obserwowana przeze mnie ceremonia i muszę przyznać, że ta regularność nie jest jakimkolwiek sprzymierzeńcem, bo mój rokroczny ‘udział’ sprawia, że widowisko w Dolby Theatre wzbudza coraz mniej emocji, staje się niezbyt interesującą rutyną oraz filmowym obowiązkiem. W tym roku nie bawiłem się w wielkie, oscarowe przewidywania, bo byłem przekonany, że nie było co przewidywać. Jak się okazało miałem rację 😉 Pobawię się za to w podsumowanie całej gali, o!

Utracona miłość

W odświeżeniu miłości do rozdawnictwa nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej zdecydowanie powinien pomagać prowadzący Nick Patrick Harris, który niestety nie udźwignął swojego zadania. Na scenie prezentował się zacnie, ale jeśli przychodziło do mówienia zdecydowanie tracił w oczach. Jego kwestie nie były błyskotliwe, rozbudowane, a dowcipy nie były zabawne, przynajmniej dla widzów, bo sam często się śmiał. Trafiło się ślepej kurze ziarno i udało się prowadzącemu rozbawić publikę aż dwa razy.

Typowa reakcja na dowcipy prowadzącego.
Typowa reakcja na dowcipy prowadzącego.

Mnie urzekł jedynie epizod birdmanopodobny (był w moim tempie), ale podczas tegorocznej gali nie pośmiałem się w ogóle, a zaczęło się tak ciekawie (bo z Jackiem Blackiem). Najczęściej niestety z ust Neila leciały suchary, które musiały wyżywić publikę w DT, bo w tym roku pizzy nie było – biednie.

Kreacja w stylu Birdmana nie pomogła Harrisowi.
Kreacja w stylu Birdmana nie pomogła Harrisowi.

‚Polskie akcenty’

Rok 2015 był pod znakiem aż 5 nominacji powiązanych bezpośrednio z naszym krajem. W mediach (TVP Info, TVN 24) oczywiście skończyło się całkowitym zajęciem czasu antenowego i głoszenie tez o wielkości naszego polskiego kina, a rozmowy dotyczące gali nie prezentowały się zbyt okazale i skupiały się w większości na ocenie szans polskich twórców (i tak w kółko). Prowadzący nie pokazywali swojego profesjonalizmu – jeden z relacjonujących reporterów dla TVP Info opowiadał o polskich dokumentach krótkometrażowych przyznając się bez jakiegokolwiek wstydu, że ich tytułów zapomniał. Ciężko pominąć także kłótnie w studiu dotyczące maksymalnej ilości oscarowych statuetek, które mogą otrzymać polscy reprezentanci – spór był pomiędzy 4 i 5, ale „to przecież kwestia logiki”. Serio? Ach. I te doszukiwanie się na siłę polskich akcentów przez studio C+. Martyna Wojciechowska pomagała w Afryce, więc to jest polski akcent podczas Oscarów… „The Grand Budapest Hotel” kręcony w Goerlitz, czyli prawie w Polsce – kolejny polski akcent – a może kolejna żenada?

„Nadejszła wiekopomna chwiła”.
„Nadejszła wiekopomna chwiła”.

Przemówienia

Zdecydowanie najkorzystniej, chociaż znacząco przekroczył swój czas na podziękowania, wypadł nasz polski reprezentant, czyli Paweł Pawlikowski – reżyser „Idy”. Co ciekawe rzadko dziękowano Bogu, ale swoje wyrazy wdzięczności zbierały najczęściej ekipy filmowe oraz rodziny: rodzice, żony, córki oraz psy i kochanki. Te ostatnie sam dodałem, na żywo nie było aż tak ciekawie. O ile feministyczną przemowę o równości płci i zarobków Pani Arquette jestem w stanie zaakceptować, o tyle wypowiedzi laureatów za najlepszą piosenkę filmową (John Legend i Common) oraz scenariusz adaptowany (Graham Moore) zniesmaczyły mnie okrutnie. Panowie od „Selmy” posłużyli się wielkimi słowami, które doprowadziły do wzruszeń zebranych w Dolby Theatre, ale mnie tam nie było, więc nie byłem przez nich oczarowany. Rozumiem teksty o równości rasowej, ale porównywanie ilości czarnych więźniów do ilości kiedyśniejszych niewolników (wtf?)? Po co ta aluzja? Więźniowie chyba nie bez powodu znajdują się za kratkami, a zestawienie ich z niewinnymi niewolnikami to jakaś kpina. Pan Moore od „Gry tajemnic” pokusił się natomiast o spowiedź na wizji (serio?), gdzie wyznał, że w wieku 16 lat próbował popełnić samobójstwo ze względu na swoją odmienność, nie obyło się bez odwołań do Turinga. Ostatecznie wyszło, że odmienność jest jednak fajna…

Ach, co za wzruszenia…
Ach, co za wzruszenia…

Bez niespodzianek

Kto gali nie obejrzał, nie musi żałować. Ba, nawet nie powinien. Sprawdzenie podczas śniadania wyników i nagrodzonych z pewnością nie byłoby mniej widowiskowe i interesujące niż tegoroczna gala. Obyło się bez spektakularnych potknięć i wpadek, przemowy do siebie zbliżone (boski Wes, boski Gonzalo), a z ekranu zwyczajnie wiało straszną nudą. W większości kategorii nagrody otrzymali faworyci i obyło się bez ogromnych niespodzianek. Jednymi małymi zaskoczeniami są statuetki dla „Big Hero 6” oraz za scenariusz adaptowany – wybrano najgorszą z możliwych opcji, czyli „Grę tajemnic”, która wygrała chyba tylko dlatego, żeby Moore mógł wygłosić swoją przemowę o odmienności. Resztę dało się przewidzieć i ciężko było nie trafić, więc ze wzbogaceniem się u bukmachera nie byłoby wcale łatwo.

Fakt, na trzeźwo było ciężko.
Fakt, na trzeźwo było ciężko.

„Boyhood” – wielki przegrany?

Niekoniecznie. Chociaż film Linklatera zdobył zaledwie jedną statuetkę, to tego wyniku nie uznałbym w żadnym wypadku za porażkę, bo w większości przewidywań i tak „Boyhood” otrzymałby co najwyżej dwie statuetki, godząc się w najważniejszych kategoriach z „Birdmanem”, który jednak zgarnął wszystko dla siebie. Bliższy jestem teorii, że to po prostu „Birdman” i Alejandro González Iñárritu zostali wielkimi wygranymi.

Bezradny Keaton ;)
Bezradny Keaton 😉

Największe plusy gali

Tego jest niewiele. Poza „polskim wielkim sukcesem”, czy inaczej zwanym „polskim historycznym wydarzeniem” ciężko doszukiwać się jakichkolwiek plusów. Mnie najbardziej urzekła postać Eddiego Redmayne’a, który był po prostu urzekający i najbardziej naturalny z odbierających statuetkę. Jego pojawienie się na scenie stało się dla mnie najjaśniejszym punktem całej gali. Na takich ludzi uwielbiam patrzeć. A jeśli wrócić jeszcze do czerwonego dywanu, to zdecydowanie warto wspomnieć o Margot Robbie oraz Annie Kendrick, które zrobiły na mnie największe wrażenie wizualne i estetyczne.

I jak tu nie lubić tego gościa!?
I jak tu nie lubić tego gościa!?

I coś dla oka:

Anna Kendrick
Margot Robbie