Ain’t Them Bodies Saints (2013) – Recenzja

Ain’t Them Bodies Saints (2013)

/USA/

Reżyser: David Lowery
Scenariusz: David Lowery
Obsada: Rooney Mara, Ben Foster, Casey Affleck, Charles Baker, Keith Carradine,
Muzyka: Daniel Hart
Zdjęcia: Bradford Young
Gatunek: Dramat, Romans, Melodramat
Czas trwania: 105 min

„Ain’t Them Bodies Saints” to zbierająca całkiem dobre recenzje produkcja. Jednak ja będę nieco bardziej krytyczny, bo mimo iż film ogląda się z zaciekawieniem, to tak naprawdę nie wnosi żadnego powiewu świeżości, a co gorsza poza przedstawieniem historii nie daje nic więcej, co powoduje, że szybko po seansie ten tytuł oraz cała opowieść ulatują nieubłaganie. W mojej ocenie w filmie jest też sporo nieprzemyślanych zachowań bohaterów, a nie sądzę by mieli zostać uznani za idiotów. Osią produkcji Davida Lowery’ego jest miłosna relacja dwojga rozdzielonych przez wymiar prawa ludzi. Niemyślący Bob Muldoon zmuszony jest do odbycia kary pozostawiając swoją ciężarną ukochaną – Ruth Guthrie, która mimo tęsknoty i ogromnej miłości stara się ułożyć sobie życie. Jednak pewnego dnia Bob ucieka z więzienia… i się zaczyna.

I się zaczyna festiwal niedorzeczności, bo żeby mieć plany takie jak główny bohater, to chyba trzeba być niespełna rozumu, bądź… naprawdę szaleńczo zakochanym. Bob jest strasznie infantylny, co w moich oczach nie wygląda zbyt korzystnie. No chyba, że to miał być kolejny film dla nastolatków o jakże cudnej miłości dwojga ludzi skazanych na rozłąkę, którzy mimo ogromu przeciwności losu nadal się będą kochać i trwać w swoim uczuciu. W pewnym momencie „Ain’t Them Bodies Saints” zaczęło mi się kojarzyć z najbardziej tandetnym melodramatem ever! – „Trzy metry nad niebem”. Na szczęście nie obrano podobnego kierunku i to sprawiło, że da się ten film obejrzeć bez większych grymasów na twarzy. Bez większych fascynacji i zachwytów, ale od strony technicznej jest to film zrobiony całkiem dobrze, ale czy to wszystkim powinno wystarczyć? Niekoniecznie!

„Ain’t Them Bodies Saints” z pewnością czegoś brakuje, bo samo opowiedzenie z pozoru wzruszającej historii jest niewystarczające, by wynosić te dzieło ponad inne, które mają znacznie więcej do zaoferowania i w jakiś sposób skłaniają do refleksji. Na korzyść filmu poza ciekawymi kreacjami aktorskimi (zwłaszcza Rooney Mary) przemawiają jeszcze piękne, oryginalne ujęcia, oraz brak wyrazistych barw, co pozwala na utrzymanie smutnego i poruszającego (dla niektórych) klimatu. Ale historia w pewnym momencie kończy się, co tylko potęguje rozczarowanie i duży niedosyt. Jednak zdaję sobie sprawę, że ten film znajdzie sobie taką samą liczbę zwolenników, co i przeciwników. A ja będę trochę po środku z mieszanymi odczuciami i nieco przyznaną na wyrost 6, bo mimo wad da się tę produkcję obejrzeć, ale niestety bez większego zaangażowania.
  • Rooney Mara skutecznie mnie do tego filmu przyciąga. 6/10 – to nie jest zła ocena. Znaczy, że może w wolnej chwili sięgnę po ten film. Na razie jednak niech czeka na półce 🙂

  • uuu widzę, że to film z festiwalu w Sundance, co jest dla mnie synonimem kina nieco baradziej wymagającego (czytaj czasami nudnego, zdecydowanie dla cierpliwego widza). Trailer też nie powala, chyba prędko tego nie obejrzę…

  • Tutaj nie jest aż tak leniwie i nudno, ale największym mankamentem jest chyba to, że seans nie daje nic poza zapoznaniem się z tą historią ;(