Django (1966) – Recenzja

Django (1966)

/Hiszpania, Włochy/

Reżyser: Sergio Corbucci
Scenariusz: Sergio Corbucci, Bruno Corbucci
Obsada: Franco Nero, José Bódalo, Loredana Nusciak, Ángel Álvarez, Eduardo Fajardo
Muzyka: Luis Bacalov
Zdjęcia: Enzo Barboni
Gatunek: Western
Czas trwania: 90 min

Spaghetti western? Pysznie!

Po obejrzeniu tarantinowskiego „Django” i pobieżnym zapoznaniu się z historią gatunku, ale też i źródłem inspiracji amerykańskiego reżysera obiecałem sobie, że obejrzę „Django” Sergio Corbucciego. I choć minął niemal rok od tamtej obietnicy, w końcu została spełniona. Opowieść stworzona przez braci Corbuccich łamie wiele wcześniej nakreślonych westernowych schematów. Mówiąc inaczej zabawili się gatunkiem niczym sam Tarantino, chociaż bardziej prawidłowo będzie brzmieć, że to Tarantino bawi się kinem jak Corbucci. Głównym bohaterem historii jest tajemniczy, samotny przybysz Django ciągnący za sobą równie tajemniczą…trumnę.

Nie będąc wielkim fanem tego gatunku z wielkim trudem przychodzi mi oglądanie klasyków westernu, a jeśli już do tego dojdzie, to zazwyczaj obfituje w rozczarowania, znudzenie i męczące seanse. Jednak z „Django” z roku 1966 jest zupełni inaczej. Ogląda się fantastycznie. Film jest lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze. Wyczuć można, podobnie jak u Tarantino, zabawę w tworzeniu dzieł, obecne jest też specyficzne poczucie humoru, które do mnie trafia. Jednak jeśli się dokładniej przyjrzeć to odwołań do „Django” w filmowej kinematografii jest zdecydowanie więcej niż tylko w ostatniej oscarowej produkcji QT. Ale wyłapywanie takich smaczków pozostawiam zainteresowanym tego typu zabawami 🙂 Klimat produkcji Corbucciego znacząco odbiega od tego co mogłem oglądać w dotychczasowych westernach – rzekłbym, że jest nawet dosyć mrocznie. Tętniące życiem miasteczka, kaktusy i słońce na niebie zastąpione zostały niemal całkowicie wyludnioną, zabłotnioną i wiecznie zachmurzoną osadą. „Django” obfituje w wiele scen przemocy, jednak ilość krwi przy tym wylanej jest bardzo mała, nieznaczna (zwłaszcza w porównaniu z filmami Tarantino). Ciężko oceniać mi grę aktorską, bo ta nie skupia na sobie zbytniej uwagi – z pewnością mogę stwierdzić, że aktorzy wielkimi wirtuozami nie są. Uderzać mogą jedynie przesadzone i manieryczne wręcz upadki, uderzenia w scenach walk, które wyglądają w dzisiejszych czasach bardzo komicznie.

„Django” Corbucciego miał istotne znaczenie dla rozwoju zarówno gatunku spaghetti westernu jak i całej kinematografii. Po sukcesie tej produkcji powstawało wiele filmów, nie tylko w westernowej konwencji, z Django w tytule, bądź przedstawiających losy bohatera o takim imieniu. Ten film to świetna rozrywka chociaż z pewnością nie dla każdego, jednak ze względu na wkład w kinematografię pozycja obowiązkowa. KinoKoneser poleca.

  • "obiecałem sobie, że obejrzę "Django" Sergio Corbucciego. I choć minął niemal rok od tamtej obietnicy, w końcu została spełniona"

    To miał być niedługo tekst w mojej recenzji 🙂 Poczekam jeszcze trochę 🙂

  • Wzorcowy spaghetti western, wizualnie inny od dzieł Leone, bardziej ponury, ale równie niepokojący i atrakcyjny. Ja lubię włoskie westerny i jako fan gatunku trudno mi nie docenić tego filmu. I do tego ta muzyka – genialna po prostu.

  • Kto pierwszy ten lepszy 😛

  • Ten western to w ogóle z innej bajki jest w porównaniu z tym co do tej pory oglądałem;) może dlatego mi się tak podobał 🙂 Muzyka oczywiście klasa sama w sobie 🙂

  • Tyle przegrać 😛