Joe (2013) – Recenzja

Joe (2013)

/USA/

Reżyser: David Gordon Green
Scenariusz: Gary Hawkins
Obsada: Nicolas Cage, Tye Sheridan, Sue Rock, Ronnie Gene Blevins, Gary Poulter
Muzyka: Jeff McIlwain
Zdjęcia: Tim Orr
Gatunek: Dramat
Czas trwania: 118 min

Spróchniałe więzi

Wystarczyło kilka sygnałów by sięgnąć po ten tytuł. Dwie, trzy pozytywne opinie autorów blogów oraz Nicolas Cage, którego chyba jako jedyny lubię. Szoku doznałem sprawdzając kto zajmował się reżyserią. Człowiekiem odpowiedzialnym za ten film okazał się David Gordon Green. Ten sam, który nakręcił pozytywno-zielarską komedię „Boski Chillout”. Trochę mnie to zdziwiło, ale apetyt tylko wzrósł. Tym razem Green odstąpił od konwencji komediowej i zrobił krok w przeciwnym kierunku. Postawił na kino mało zabawne, bo dramatyczne. Fabuła oparta jest na powieści pod tym samym tytułem i nie jest ona zbyt oryginalna. Znajdzie się tutaj parę klisz i podobieństw z innymi tytułami.

Pierwszym skojarzeniem po obejrzeniu „Joe” był film Jeffa Nicholsa, pt.: „Shotgun Stories”, którego producentem, jak się później okazało, jest reżyser niniejszego filmu. Co nie zmienia faktu, że oba filmy są bardzo dobre i dziwi mnie ich niszowość, bo z pewnością zasługują na uwagę. Mimo podobieństw, polecam oba, chociaż to dzieło Nicholsa jest u mnie wyżej w hierarchii. Scenariusz Hawkinsa traktuje o przyjaźni pomiędzy tytułowym Joe (Nicholas Cage) oraz młodym Garym (Tye Sheridan), który wywodzi się z patologicznej rodziny. Największy problem stanowi ojciec – alkoholik, który jak to alkoholik nie dostrzega u siebie żadnego problemu, natomiast widzi je u innych. Obraz Ameryki w „Joe” daleki jest od tego powszechnie znanego. Na tle wszechobecnej biedy, egoizmu oraz braku skrupułów i zasad moralnych dwójka bohaterów wydaje się być jedyną nadzieją na zmianę świata na lepsze. Ponadto złożoność tych postaci, ich niejednoznaczność i wrodzony fatalizm (na szczęście) idzie w parze ze świetnymi kreacjami (pewnie niektórych to zdziwi), co naprawdę pozwala odczuć emocje. W tle tego dramatu rozgrywa się także konflikt obu bohaterów z miasteczkowym typem spod ciemnej gwiazdy. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego.

Green zaskakująco sprawnie opowiedział tą prostą, ale niebanalną historię. Sprawił, że jest ona intrygująca i nie pozostawia widza obojętnym. Film niezwykle bolesny, przypomina nieco kino Smarzowskiego.

  • Jak to jako jedyny? Cage to bardzo sympatyczny gość, a dzięki tej minie zbitego mopsa, która jest jego znakiem rozpoznawczym, myślę, że zyskał sobie naprawdę wielu sympatyków. I co by nie mówić jeśli chodzi o kino rozrywkowe, to jednak dawał radę. Niektóre kreacje ma rzeczywiście sztywne i nietrafione, ale jako człowiek wydaje mi się całkiem spoko i też lubię czasem coś obejrzeć z jego udziałem. W sumie przypomniałeś mi, że dawno go w niczym nie widziałem, więc na dobrą sprawę mógłbym sobie zafundować seans JOE.

  • Skoro nieco przypomina kino Smarzowskiego, to tym bardziej biorę się za oglądanie 🙂

  • Moje zdanie o lubieniu / nielubieniu aktorów znasz 🙂 Nie cierpię go za Ghost Ridery i za 90% rzeczy od 2004, czyli mniej więcej od padaczki o nazwie "National Treasure". "Joe" mam na celowniku, z małą nadzieję na lepszą rolę Cage (umówmy się, to koleś z "Dzikości Serca","Leaving Las Vegas", "Birdy","Bringing Out the Dead" i paru innych. Więc szacuneczek, po prostu manago się pogubił, albo Cage zbiera kasę na alimenty) 🙂