Filmy, których fenomen mnie (jeszcze) nie dosięgnął, cz. I

Filmy, których fenomen mnie (jeszcze) nie dosięgnął, cz. I

Reżyserskie sympatie (częściowo) oraz aktorskie antypatie na moim blogu już były. Teraz więc znalazł się czas na przedstawienie kilkunastu tytułów, których fenomen, sława, poklask mnie nie wzrusza, albo wręcz nie potrafię zrozumieć skąd taki hajp na te produkcje. Oczywiście pojawią się także klasyki, które nie trafiły w odpowiedni dzień i godzinę, bądź po prostu nie zyskały mojego uznania, ale potrafię zrozumieć ich kult. Żadnego z poniższych filmów nie oceniłem niżej niż 4 oczka (z jednym wyjątkiem) – przedział 4-6, co i tak znacząco odbiega od średniej krajowej, a nawet i światowej, biorąc pod uwagę konkretne filmy. Tekst okazał się zbyt długi, więc 2 część pojawi się w piątek!

Mój przyjaciel Hachiko (2009), reż. Lasse Hallström
Hallström jest chyba jednym z mistrzów manipulacji emocjonalnej i fabularnego tandeto-kiczu. Mimo uwielbienia do historii o Gilbercie Greapie, która jest doskonałym przykładem jego manipulacyjnych umiejętności, reszta jego adaptacji jakoś mnie nie rusza. Zwłaszcza losy… psa, który jeździł koleją zaprzyjaźnił się z właścicielem, eskortował go z dworca do domu, aż do momentu… zresztą sami zobaczcie. Nie bez powodu mówi się, że psy są wierniejsze niż żony. W zasadzie to chyba tylko ja tak mówię. Ale żeby od razu film o tym robić, w ten sposób? Pozycja świetnie nadaje się do pochlipania, wzruszania dla przeciętnego widza, któremu wystarczy podstawić pod oczy piękną, idealną, wyjątkową relację, którą oczywiście spotyka ‚niespodziewane’ nieszczęście. Z płytą powinny być sprzedawane chusteczki. 6/10

Służące (2011), reż. Tate Taylor
Nie wiem czy tylko mnie przejadły się w kinie tematy holocaustu i dyskryminacji rasowej zrealizowane na jedno kopyto. Niby każdy film inny, jednak wszystkie tak bliźniaczo podobne. Ile tak jeszcze można? Taylor chciał to nieco zmienić robiąc z dyskryminacji rasowej komediodramat… Ciekawe podejście. Szkoda, że nieudane, a do tego pewnie bawi ona tylko zniewolonych czarnoskórych. Historia też mało ciekawa i inspirująca. Nie dostrzegłem w fabule nic interesującego, bądź aspirującego do miana filmu z wyższej pułki. Nie od dziś wiadomo, że poruszając ten temat można spodziewać się nominacji do wielu nagród, więc dlaczego nie spróbować. Tylko to tłumaczy reżysera z ‚tego czegoś’ (ostatnio to dosyć popularne określenie). 5/10 – do dziś nie wiem dlaczego tak wysoko…

Hobbit: Niezwykła podróż(2012)
Hobbit: Pustkowie Smauga(2013), reż. Peter Jackson

W zasadzie owoc równie ‚epickiej’ trylogii „Władcy Pierścieni” (ale o tym później). Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy przeczytali wersję papierową. Dlaczego tak ją nadymano gównianą treścią i rozciągniętą do 9 godzin? Oczywiście jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pierwszą część jakoś przebrnąłem, na drugiej męczyłem się bardziej, więc co będzie z ostatnia? Chętnie całą trylogię zobaczyłbym w skróconej trzygodzinnej wersji. Ale skoro można zarobić to po co się ograniczać? Serialu tylko brakuje. Produkcji nie pomogły efekty specjalne, większa liczba klatek na sekundę, ani inne efekciarskie zabiegi, bo mnie to zwyczajnie nie jara. Może jestem zbyt konserwatywny i wolę kino tradycyjne, ale nie przekona mnie nikt, że film Jacksona nie jest po prostu nudny. 6/10 (;o), 4/10

Rejs (1970), reż. Marek Piwowski
Jeden z polskich klasyków. Największą zaletą tego filmu jest jego długość, bo trwa zaledwie 65 minut. Jednak „Rejs” jest wybitnym przykładem filmu, że i tego typu metraż potrafi znużyć. Być może filmu po prostu nie zrozumiałem, chociaż w zasadzie nie wiem czego można tam nie zrozumieć. ‚Patataj, patataj’ rzeczywiście tak bardzo śmieszne, heheszki, boki zrywać. Produkcja, która mnie bardziej ziębi niż grzeje. Mimo komediowej śmietanki w obsadzie nie mam nawet ochoty by próbować zmienić zdanie i obejrzeć te dzieło ponownie. Bliżej temu filmowi do „Rysia” aniżeli „Misia” – niestety. 4/10

Amelia (2001), reż. Jean-Pierre Jeunet
Francuski fenomen. Nigdy nie zrozumiem co ludzie widzą w postaci reżysera, że tak wielbią jego filmy. Wiem, że to przez tę produkcję podupadła moja wiara we francuskie kino rozrywkowe, znienawidziłem Tautou, bo wiecznie kojarzy mi się z „Amelią” i wszędzie zresztą gra tę samą postać. Nuda, nuda, absurd, nuda, groteska, dramat, nuda, miłość, nuda, baśń, nuda. Bleh… nic tylko rzygnąć tęczą i zasnąć. Może jestem za stary, albo taki nieczuły, albo nie żyję marzeniami, czy z głową w chmurach. Dla mnie zbyt tandetne i dziecinne. Poza tym film ma prawie wszystko to czego nie lubię, więc to raczej nie wina złego dnia. 5/10

Las Vegas Parano (1998), reż. Terry Gilliam
Terry Gilliam – kolejna postać, z którą mi nie po drodze, dlatego jeszcze się tu pojawi. Nie wiem ile trzeba wypić, albo wypalić żeby poczuć klimat jego produkcji. Jednak spośród jego twórczości to chyba „Las Vegas Parano” przypadło mi do gustu najmniej, zważywszy także na kult jakim jest owiany. Ponadto najdziwniejsza i najbardziej absurdalna, żeby nie powiedzieć bezsensowna, fabuła jaką widziałem u Gilliama. Nie kręci mnie to zupełnie. Jest to film, który dla mnie mógłby nie istnieć. Miałbym 4 h więcej na nic nierobienie, bo próbowałem ten fenomen ogarnąć 2 razy i o 2 razy za dużo… 4/10

Trzy metry nad niebem (2010), reż. Fernando González Molina
Jeśli chcecie zapunktować u jakiejś kobiety nastolatki to włącz jej ten film – będzie Twoja, gwarantuję. Film kompletny jeśli wziąć pod uwagę wszystkie marzenia, zachcianki miłosne niedojrzałej nastolatki. Zły on, dobra ona i oczywiście wszystko zmierza ku jednemu. Ilość banału, kiczu i tandety zalewa nas strumieniami. Ach, i te ‚wybitne’ i przewidywalne teksty… Myślę, że warto je sprawdzić w realu, bo kobietki naprawdę lubią słyszeć takie ‚górnolotne’ słowa, od których im miękną nogi. Ten film nie mając nic wspólnego z życiowymi relacjami
zupełnie wypacza realizm. Obrazuje ‚idealną’ kobiecą miłość, której lepiej w rzeczywistości nie szukać. Chciałbym wierzyć, że takich kobiet jak ta w filmie nie ma, ale ocena tego dzieła mi na to nie pozwala. Precz z banałem, naiwnością i głupotą! Za to świetnie się sprawdza jako komedia – stąd aż 3/10

Wywiad z wampirem (1994), reż. Neil Jordan
Może to wina tego, że oglądałem film w bardzo wampirzej godzinie. Był tak nużący i nieciekawy, że zdarzało mi się przysypiać. Przy drugim podejściu również mi nie podszedł. Trudno się temu dziwić skoro Neil Jordan w moim mniemaniu to mistrz przeciętności – oceny jego filmów mieszczą się w przedziale podobnym do tego w niniejszym zestawieniu. A na moje potwierdzenie Złota Malina dla wspaniałego duetu aktorskiego Pitt-Cruise! Nie mogę się przecież mylić. Zdziwi Was pewnie fakt, że pierwszą część „Zmierzchu” oceniłem oczko wyżej od tego klasyka. Hejty biorę na klatę, jak przystało na mężczyznę 😉 BTW szkoda, że to nie Jarmusch robił ten film. 5/10

Rzymskie wakacje (1953), reż. William Wyler
To dopiero wtopa. Trzy Oscary z dziesięciu nominacji, do tego Gregory Peck oraz Audrey Hepburn. Nie mam pojęcia dlaczego mnie się ten film nie spodobał. Może to wina gatunku, albo naiwnej i infantylnej fabuły? Zresztą oba elementy są ze sobą ściśle powiązane od lat jak widać. Tak naprawdę to nie wiem skąd wzięła się tak niska ocena. Z samego filmu zresztą też niewiele, poza jazdą na rowerze, pamiętam. Jakoś nie mam ochoty na weryfikowanie kiedyśniejszego podejścia i niskiej oceny – widocznie tak miało być. Spora ilość filmów tego reżysera widnieje w poczekalni, ale przez „Rzymskie wakacje” nie bardzo chcę po nie sięgać. Mam nadzieję, że tracę niewiele. 4/10

Grawitacja (2013), reż. Alfonso Cuarón
Kolejne fabularne gówno. Z tym, że z siedmioma Oscarami na koncie, ale oczywiście za elementy techniczne. Jak dla mnie wszystko powinno być na jednakowym poziomie. A tutaj mamy wypasione efekty z… w zasadzie z niczym. Fabuła jest tragiczna, niektóre wydarzenia idiotyczne, o prawach fizyki nie wspominając. Jestem przeciwko takiemu kinu, które przede wszystkim stawia na technologię i to jest jedyne, co tak naprawdę, oferuje. Oczywiście do lotów po orbicie wybrano najpopularniejszych i najatrakcyjniejszych osobników obu płci. Wiadomo, że są tacy co tylko dla nich pójdą do kina. Grr… straszne rozczarowanie, nie znoszę wydmuszek. 4/10