I Origins 2014 – Recenzja

i origins, I Origins
Wydaje się, że „I Origins” ma wszelkie predyspozycje do tego by widza zauroczyć. Ciekawe naukowo-religijne rozważania, dysputa na temat przypadku i przeznaczenia, świetna muzyka, no i na koniec najlepsze – biologia molekularna, która chyba nie tylko u mnie wzbudza największe zainteresowanie (wszak co nieco mi się w tej dziedzinie liznęło). Jednak atrakcyjność tego filmu jest jedynie powierzchowna. Początkowe zauroczenie zaczyna tracić na sile, gdy koncepcja reżysera zaczyna ujawniać swoje słabe strony. A nie trzeba tak długo na to czekać.

Cahill biorąc na celownik przypadek i przeznaczenie nie tylko porusza oba tematy, ale sam staje się ich ofiarą, bo niestety zbyt nadmiernie je stosuje w swoim filmie. Owocem tego są liczne zbiegi okoliczności, w które jakoś trzeba uwierzyć, bo tak nakazuje autor. Wystawianie cierpliwości widza na taką próbę często źle się kończy. To, że „I Origins” utrzymany jest w konwencji sci-fi nie oznacza, że na ekranie może dziać się cokolwiek i należy z niego czerpać wszystko jak leci bez większego zastanowienia.

Przypadkowa miłość? A może Bóg tak chciał 😉
Przypadkowa miłość? A może Bóg tak chciał 😉

Reżyser usiłuje pokazać rozbieżności pomiędzy nauką i wiarą. Dlatego krzyżuje ze sobą drogi biologa Iana (Michael Pitt) oraz wierzącej w siły wyższe Sofii (Astrid Bergès-Frisbey), a do tego próbuje podbijać swoją pointę praktykantką Karen (Brit Marling). Nasz naukowiec na co dzień zajmuje się badaniami dotyczącymi ewolucji oka i daje wiarę tylko temu, co da się udowodnić. Dąży do potwierdzenia swojej hipotezy głoszącej, że Bóg nie był w stanie stworzyć tak skomplikowanego narządu jak oko. Dzięki biometrii oka, która pozwala dostrzec naszą niepowtarzalność, udaje mu się odnaleźć uduchowioną kobietę spotkaną na imprezie. To ona zaczyna zasiewać w nim boskie wątpliwości.

Konfrontacja nauki oraz religii wydaje się tematem niewyczerpalnym. Jednak trzeba sporo fantazji i przede wszystkim finezji by się w jakiś sposób wyróżnić się na tle pozostałych produkcji. Cahillowi z pewnością starczyło wyobraźni, ale zabrakło nieco finezji w opowiadaniu historii i łączeniu ze sobą elementów fabuły, które bywają naciągane i nie zawsze są spójne.

Scena prawie jak u House’a. Jeśli naukowiec, to i okulary na nosie – plus 100 do mądrości.
Scena prawie jak u House’a. Jeśli naukowiec, to i okulary na nosie – plus 100 do mądrości.

Ciężko uwierzyć, że wybitni naukowcy nie rozmawiają o przyziemnych rzeczach, a co dopiero przeciętni ludzie. W „Początku” wszystkie dialogi są WAŻNE – jeśli nie dotyczą naukowych teorii, to są o filozoficznych przemyśleniach bohaterów. Nieistotne, czy te słowa padają w laboratorium, czy podczas siedzenia na sedesie, przy kawie, czy tuż po seksie – wszystkie mają charakter przerażająco wyniosły. I weź w to uwierz, gdzie w tym wszystkim jest życie?

„I Origins” może się podobać, chociaż reżyser swoją tezę przedstawia dosyć jednoznacznie i sugeruje jedyną słuszną odpowiedź na pytania występujące w filmie. Udowadnia, że śmierć nie jest naszym końcem. Pokazuje, że życie nie opiera się na chłodnej kalkulacji i gdzieś wokół nas krążą różne fluidy, które są podstawą relacji międzyludzkich. Film Cahilla zdecydowanie korzystniej wypada, jeśli skupimy się na tym, co nam chce opowiedzieć, a nie na tym, w jaki sposób to robi. Na pochwałę zasługuje bardzo sprawny montaż, czy świetne zdjęcia oprawione klimatyczną (genialną wręcz) muzyką, która jest chyba najlepszym składnikiem tej produkcji.

5 Stars (5 / 10)

Początek plakatI Origins

/USA/
Reżyser: Mike Cahill
Scenariusz: Mike Cahill
Obsada: Michael Pitt, Brit Marling, Astrid Bergès-Frisbey, Steven Yeun
Muzyka: Will Bates, Phil Mossman
Zdjęcia: Markus Förderer
Czas trwania: 113 min