Sully 2016, reż. Clint Eastwood


„Sully” swoim stylem łudząco przypomina ostatnie produkcje Spielberga. Gdyby nie świadomość tego, że Clint Eastwood siedział w krzesełku reżysera naprawdę ciężko byłoby odróżnić autora filmu. Obaj obrali podobną strategię reżyserską, która wydaje się być optymalną wg Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznaje nominacje do upragnionych Oscarów, a produkcje obu panów dość często figurują w wąskiej stawce wyselekcjonowanych, rzekomo najlepszych tytułów.

Oczywiście nadal prezentują one solidny poziom. Jednak powściągliwe tworzenie filmów biograficznych o posągowych postaciach, wykonujących swoją pracę z narażeniem własnego życia powoli zaczyna wychodzić mi bokiem. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie często tym najważniejszym bohaterem jest Tom Hanks („Kapitan Phillips”, „Most Szpiegów” oraz „Sully”). W każdym z filmów ma bardzo podobną aparycję (taki jest do wszystkich podobny), te same cechy charakteru, walczy w szczytnym celu ryzykując swoje życie, a różni się jedynie personaliami.


Clint Eastwood sprawił, że to wszystko co leży mi na wątrobie, a o czym wspomniałem wyżej, zniknęło na półtorej godziny seansu. Sam się sobie dziwię, że dałem się tak podejść. Owszem nadal jest to historia o jednym ze zwykłych bohaterów Ameryki, który po prostu wykonuje swoją robotę – bo zapewne właśnie tak każdy z nich by się określił. „Sully” jest kolejną odtwórczą, ale i porządnie zrealizowaną produkcją na temat ludzkiego superbohatera.

Seans nowego Eastwooda daje więcej przyjemności, aniżeli jego poprzedni „Snajper”, czy „Most szpiegów” Spielberga, nad którymi w mojej ocenie „Sully góruje”. Lekka ingerencja w chronologię wydarzeń, zastosowanie retrospekcji oraz wątek prowadzonego śledztwa z (oczywiście!) hollywoodzkim finałem robi robotę i pozostawia w tej oczywistej historii ziarnko niepewności oraz napięcia, które utrzymuje przy ekranie przez całą długość filmu. To Eastwoodowi się udało. Niestety, „Sully” nie demonstruje nic ponad to, co zamieściłaby większość reżyserów w produkcji tego typu. Kolejna autentyczna opowieść wciśnięta w ograne, filmowe ramy.


Eastwood prezentuje w „Sully” krótkie streszczenie całego wydarzenia z uwagą skupioną głównie na poważnym i rzetelnym podejściu do wykonywanych obowiązków. Za to w niewielkim stopniu skupia się na psychologii bohaterów, czy ich rozterkach, nie mówiąc już o wątku rodzinnym, który wydaje się tylko demonstrować, że główny bohater miał żonę, a w zasadzie numer telefonu do niej. Bowiem ich relacja w filmie ogranicza się do kontaktu przez telefon. Krótko mówiąc – Hollywood jak malowane, co zresztą potwierdzają wyniki boxoffice’u. Zazwyczaj patrzę na takie pozycje z dużą niechęcią, ale emocje i podziw tym razem zwyciężyły nad chłodnym podejściem do filmu.

7 Stars (7 / 10)

Sully

/USA/
Reżyser: Clint Eastwood
Scenariusz: Todd Komarnicki
Obsada: Tom Hanks, Aaron Eckhart, Laura Linney, Mike O’Malley, Anna Gunn
Muzyka: Christian Jacob, Tierney Sutton Band
Zdjęcia: Tom Stern
Czas trwania: 96 min