Creed: Narodziny legendy [Creed] 2015 – Recenzja

Creed
„Creed: Narodziny legendy” to kolejna w ostatnim pozycja, która nie tylko odkurza kultowe kino i legendarne postaci, ale daje im nowe życie i tworzy kolejnych bohaterów mogących na trwałe zapisać się w historii kinematografii, o czym zresztą raczyli uprzedzić dystrybutorzy w tytule. Bazowanie na sentymentach nie zawsze kończy się sukcesem, czego parę ładnych lat temu na własne skórze doświadczył Sylvester Stallone próbując wskrzesić na nowo ducha Rocky’ego, a później Rambo.

Jak możecie się domyślić, tamte próby, delikatnie mówiąc, nie wypaliły, a już na pewno nie miały klimatu, który znany był z pierwowzorów. Może Stallone wziął za dużo na swoje barki i ciężaru nie udźwignął? Oddanie sterów w ręce młokosa Ryana Cooglera pozwoliło na sentymentalny powrót do przeszłości dla fanów Rocky’ego i Apollo.
creed 2015

Odświeżenie klimatu z pierwszego filmu serii nie mogło być proste. Nie udało się to Stallonowi, ani Avildsenowi, który ponownie zasiadł na reżyserskim stołku by zmierzyć się z legendą. Nie był nawet blisko tego, co zmajstrował za pierwszym razem, a każde kolejne podejście kończyło się rozczarowaniem. Oczywiście znajdą się i tacy fani, którzy każdą część będą wielbić jednakowo, ale „Creed: Narodziny legendy” można śmiało postawić obok „Rocky’ego” z 1976 roku, oczywiście ponad pozostałymi kontynuacjami.

Coogler zawarł w swoim filmie wszystko to, za co tak kochamy tę serię. Bohater, który musi mierzyć się z przeciwnościami losu oraz zawalczyć o szacunek i renomę. Jest to świat, gdzie boks jest tylko środkiem służącym jako uwypuklenie wewnętrznych zmagań bohatera. Boks wydaje się do tego najodpowiedniejszą dyscypliną. Gdy wejdziesz na ring nie ma już odwrotu, pracujesz na własny rachunek. Wszystko zależy w głównej mierze od ciebie i albo zostaniesz zniesiony na tarczy, albo ujawnisz siłę swojego charakteru i zyskasz uznanie publiczności.
Creed 2015

I na tym polu „Creed: Narodziny legendy” wygrywa. Mnóstwo jest sentymentalnych odniesień do starej serii oraz jawnej, momentami nawet bezczelnej gry na emocjach, którą naprawdę ciężko mi zganić, bo dostałem od Cooglera to, czego się w najlepszych snach nie spodziewałem. W dodatku Sylvester Stallone zaskoczył wszystkich i wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Zagrał chyba najlepszą rolę życia, chociaż tylko drugoplanową. Jednak to on zagarnia ekran dla siebie. Michael B. Jordan jako Adonis spisał się całkiem przyzwoicie, jednak nie jest to jeszcze oscarowy poziom i został niestety w cieniu starszego kolegi.

Jeśli doszukiwać się wad, to najbardziej rzuca się w oczy komputerowość walk, gdzie głowa po uderzeniu lata we wszystkich kierunkach, natomiast reszta ciała stoi, jak gdyby nigdy nic. Może nie jest to duża wada, ale wygląda jakby chciano niedoskonałości zamaskować dynamicznym montażem i bijatyką zamiast porządnej bokserskiej walki. Jednak emocji jest cała masa, nie tylko w ringu. Cooglar świetnie połączył sportowe widowisko z ludzkim dramatem. Ma wszystko to, czego w „Southpaw” brakowało. Mocne 8/10, chociaż początek filmu tego nie zapowiadał.
sylvester stallone

8 Stars (8 / 10)

creedCreed

/USA/
Reżyser: Ryan Coogler
Scenariusz: Ryan Coogler, Aaron Covington
Obsada: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson
Muzyka: Ludwig Goransson
Zdjęcia: Maryse Alberti
Czas trwania: 133 min

  • Przyznam, że skreśliłam ten film nawet nie dając mu szansy… wstyd. Dzięki za wyprowadzenie z błędu, chętnie nadrobię. 🙂