Pele (2016) – Recenzja

PELE
Dobrych filmów o tematyce piłkarskiej jest jak na lekarstwo. Oprócz niezbyt popularnej „Przeklętej ligi”, która wydaje się najlepszą obejrzaną produkcją futbolową, nie kojarzę nic, co wzbudziło porównywalną ciekawość i emocje. „Pele” miało tę sytuację naprawić. Bo chyba nie można zepsuć filmu o piłkarskiej legendzie? Panowie Jeff i Michael Zimbalist jednak wpisują się bardziej w tendencje widowiskowe, zapominając o jakimkolwiek klimacie i autentyczności.

Pozornie, „Pele” zaczyna się interesująco, niestety to działa tylko na krótką metę. Poznajemy życie młodego Brazylijczyka z biednej dzielnicy, którego okres dorastania nie różni się znacząco od wielu innych piłkarzy z tego kraju. Co więc odróżnia Pelego od reszty? Strącanie jabłek z drzewa przewrotką i egoizm na boisku. W scenach, gdzie ojciec poświęca czas synowi ucząc go kopania… owoców, przychodzą na myśl motywy z filmów z Van Dammem – ciężki trening, łamanie bambusa kością piszczelową itd. Wszystko po to, by być lepszym i móc to zademonstrować całemu światu. Już za młodu Pele prezentował styl ‘joga bonito’, szkoda tylko, że wtedy nie pamiętał o kolegach z boiska i grał sam przerzucając piłkę nad głowami rywali strzelając kolejne gole. Nuda.

Pele 2016

A dalej jest jeszcze lepiej. Młody talent trafia do profesjonalnej drużyny juniorskiej, gdzie szybko zdobywa szczyty i jedzie na swój pierwszy Mundial z reprezentacją Canarinhos. Gdzieniegdzie twórcy stosują bezsensowne przekłamania, uproszczenia względem rzeczywistości, które bardziej urągają legendzie, aniżeli wynoszą ją na piedestał, jak to miały mieć na celu. W dodatku zabiegi te nie wnoszą do filmu nic ciekawego. Historia takiej legendy nie potrzebuje ‚udoskonaleń’. Dobrze zrealizowana, zaprezentowana byłaby wystarczająco atrakcyjna i obroniłaby się sama.

Niestety, lepiej sprzeda się pewnie film z czarodziejskim dryblingiem i żonglerką pomiędzy rywalami, gdzie reszta drużyny robi za statystów. Przecież to Pele jest bohaterem. Odbiega to dalece od tego, co można obejrzeć na archiwalnych materiałach, bo Pele nie był jednak takim egoistą i samolubem oraz wiedział, że bez podań do kolegów z drużyny sam meczu nie wygra (tylko Błaszczykowski 🙂 ). Może Jeff i Michael dopasowali tę produkcję do wypowiedzi samego Pelego, który swego czasu przebijał arogancją nawet Cristiano Ronaldo. Wspominał, że za jego czasów piłka nożna była trudniejsza, a on sam strzelił ponad 1000 goli, szkoda tylko, że zsumował mecze oficjalne i towarzyskie, gdzie dorobek bramkowy miał zbliżony. Z przebiegu historii należy jednak uznać, że Pele miał pierwiastek geniuszu, który wyróżniał go na tle pozostałych profesjonalnych piłkarzy, ale czy aż tak jak to pokazuje ten film? Moim zdaniem nie.

pele-birth-of-a-legend

I tak jak wspominałem, „Pele” to przede wszystkim film rozrywkowy, gdzie historia wydaje się mieć drugorzędne znaczenie. Bazuje na uproszczonym schemacie i wątkach mających przede wszystkim pokazać tendencyjną wspaniałość głównego bohatera. Może 11 lat temu, gdy byłem zajaranym na punkcie futbolu nastolatkiem sam bym ten film wielbił, podobnie jak  kiedyśniejszy „Gol”, który jest niemal całkowitą analogią biografii Pelego.

Nie ma więc co oczekiwać dogłębnych analiz psychologicznych bohaterów, pochylenia się nad społeczno-socjalną rzeczywistością tamtych czasów, czy wiarygodnym przedstawieniem rzeczywistych wydarzeń. „Pele” to przede wszystkim rozrywka, niestety słaba i bardzo odtwórcza. O całej reszcie też trzeba zapomnieć żeby zaliczyć seans do udanych i nie uznać czasu za stracony.

4 Stars (4 / 10)

pelePelé: Birth of a Legend

/USA/
Reżyser: Jeff Zimbalist, Michael Zimbalist
Scenariusz: Jeff Zimbalist, Michael Zimbalist
Obsada: Kevin de Paula, Rodrigo Santoro, Vincent D’Onofrio, Diego Boneta, Colm Meaney
Muzyka: A.R. Rahman
Zdjęcia: Matthew Libatique
Czas trwania: 107 min