2012 (2009) – Recenzja

2012 (2009)

/Kanada, USA/

Reżyser: Roland Emmerich
Scenariusz: Roland Emmerich, Harald Kloser
Obsada: John Cusack, Amanda Peet, Chiwetel Ejiofor, Thandie Newton, Oliver Platt, Thomas McCarthy, Woody Harrelson, Danny Glover
Muzyka: Thomas Wanker, Harald Kloser
Zdjęcia: Dean Semler
Gatunek: Sci-Fi, Katastroficzny
Czas trwania: 158 min

Roland Emmerich to dosyć znany twórca kina sci-fi. W filmie „2012” po raz kolejny próbuje zachwycić widza katastroficzną wizją końca świata oraz efektami specjalnymi. Było już zlodowacenie w „Pojutrze”, inwazja obcych w „Dniu niepodległości”, a tym razem klęska Ziemi powiązana jest z ruchem płyt tektonicznych mająca zmienić ukształtowanie powierzchni planety. Oczywiście ostrzeżenia ukryte w kalendarzu Majów zostały rozszyfrowane przez naukowców i najbogatsze państwa przygotowały arki, które uratują część ludności.

Oczywiście wśród uratowanych musieli znaleźć się oligarchowie, którzy wykupili sobie bilety na okręty kosztem zwykłych śmiertelników. Spotyka się to oczywiście z małym, symbolicznym buntem, który próbuje udowodnić, że człowieczeństwo jeszcze nie jest cechą wypartą w społeczeństwie. „2012” to z pewnością film efekciarski, ale na mnie efekty specjalne nie robią żadnego wrażenia, nie są też jakieś przełomowe, czy niespotykane jeśli chodzi o ogół kinematografii. Dla mnie to nic specjalnego.

„2012” to jednak nie tylko efekty specjalne, bo poza tym elementem film ma wiele innych wad. Wiem, że kino amerykańskie słynie z patosu, który jest też obecny także w dziele Emmericha i często wylewa się z ekranu topiąc widzów jak fala tsunami filmową planetę. Szkoda, że jest to wciśnięte w taki sposób, że kompletnie nie pasuje do sytuacji i wygląda bardzo sztucznie (jak zwykle zresztą).

Pomysł na fabułę filmu był bardzo dobry. Dlatego uważam, że „2012” ma okropnie zmarnowany potencjał i w porównaniu do pozostałych filmów Emmericha, choć da się go oglądać, niestety wypada słabo. Tanie, nadęte i sztuczne dialogi dorównują niskim poziomem polsatowskim produkcjom. Słabe żarty słowne w wykonaniu bohaterów bardziej budzą zażenowanie aniżeli uśmiech, a gra aktorska nie jest ponadprzeciętna i nie zachwyca. Twórcy starali się odzwierciedlić rzeczywistość stosując w filmie postaci zbliżone do tych żyjących obecnie. Mamy więc prezydenta USA Afroamerykanina, czy ukraińskiego króla boksu. Nie obyło się też od znanych już zabiegów, tj. rozbitej rodziny przechodzącej kryzys, której głowa rodziny starać się będzie swoją odwagą odzyskać miłość i zaufanie bliskich. „2012” to raczej jedna ze słabszych pozycji w filmografii Emmericha, jednak mimo swoich wad da się oglądać chociaż nie ma się czym zachwycać.

  • Trafiłem na ten film na Polsacie, ale zacząłem oglądać mniej więcej od środka, bo wcześniej (gdzieś tak do 21:30) oglądałem US Open na Eurosporcie. Ale w tej drugiej połowie film faktycznie jest taki jak piszesz: okropnie patetyczny, z fatalnymi dialogami i średnim aktorstwem. Harald Kloser powinien pozostać przy komponowaniu muzyki zamiast brać się za pisanie scenariuszy. Z filmów Emmericha zdecydowanie wolę jego produkcje kostiumowe: "Patriota" i "Anonimus".

  • Pół godziny 10.000 BC. było ostatnim dziełem Emmericha, jakie oglądałem. I choć cenię go za kilka filmów, m.in. za Dzień niepodległości, to wtedy obiecałem sobie, że już nigdy nie obejrzę żadnego nowego filmu w jego wykonaniu. Fatalne recenzje 2012 jeszcze mnie w tym postanowieniu utwierdziło, no i przez to nie zobaczyłem takze chwalonego jednak później Anonimousa.

  • W tym rzecz, że miałem okazję oglądać tylko te katastroficzne, więc ciężko mi się odnieść do kostiumowych. Chociaż prędzej czy później pewnie je obejrzę 🙂