MY GUILTY PLEASURES

MY GUILTY PLEASURES

Ostatnim razem, gdy postanowiłem wyspowiadać się z filmów, których fenomen, bądź kult do mnie (jeszcze) nie dotarł zrobiło się całkiem ostro. Oczywiście niezamierzenie wywołałem trochę kontrowersji i padło parę ostrych słów. Nie będę oceniać ani siebie, ani innych, bo to w końcu (tylko) internet, a jak wiadomo każdy ma prawo do swojego zdania oraz widzimisię. Dziś jednak odbędę małą pokutę, bo przedstawie coś odwrotnego, czyli zestawienie produkcji nazywanych jako guilty pleasures. Można za nie uznać filmy, które podobały mi się, mimo świadomości co do ich niższej jakości, wielu wad, niedociągnięć, błędów logicznych, bądź masy uproszczeń – odbierających im tym samym rangę dzieła ambitnego. Używając jeszcze prostszego języka – filmy, które są słabe, nielubiane, albo mają słabsze recenzje. Czas, start!

Adrenalina (2006), reż. Mark Neveldine, Brian Taylor
Pani Białowąs zasłynęła kiedyś wypowiadając: „słowa, słowa, słowa”, a ja w przypadku tego filmu napiszę akcja, akcja, i jeszcze raz akcja, no i oczywiście wspaniały Jason Statham. Takiej ilości akcji w żadnym innym filmie nie uświadczyłem. Nie ma chwili wytchnienia. Statham pędzi jak oszalały, oczywiście wraz z fabułą filmu, która jest prosta i niewymagająca, a do tego świetnie i dynamicznie zmontowana. Czego więcej trzeba by się zrelaksować i obejrzeć film na zupełnym luzie? Przeciętny widz powinien być zadowolony, a w tym ja najbardziej! Moja ocena – 9/10

Efekt motyla (2004), reż. J. Mackye Gruber, Eric Bress
Drugi film na liście i drugi z udziałem Amy Smart, ale to zupełny przypadek. W zasadzie nie rozumiem dlaczego ten film ma tak słabe recenzje, ale coś w tym musi jednak być. Zarzuca się sporo nielogiczności, które mnie jakoś nie dopadły, a przynajmniej nie zepsuły obrazu – może za słabo dociekliwy byłem. Bohater swoimi decyzjami też potrafi nieźle wk***ić, ale ja to lubię, więc mnie to odpowiadało! Dążenie do doskonałości nie popłaca jak pokazuje ten film. Poza tym fajna zabawa w si-fi, powroty do przeszłości, które po prostu wciągnęły mnie bezgranicznie. Moja ocena – 9/10

Baby są jakieś inne (2011), reż. Marek Koterski
Marek Koterski to jeden z moich ulubionych reżyserów. „Dnia świra” reklamować chyba nie trzeba, ale niniejszy film spotkał się ze sporą niechęcią. Brak akcji, nic się nie dzieje, nuda, jadą i nic – to najczęstsze zarzuty, a mnie się jednak podobało! Oglądałem ten film jakoś po nocy licząc, że szybko zasnę, a pewnie pobudziłem sąsiadów swoim śmiechem. Sporo zabawnych spostrzeżeń dotyczących relacji damsko-męskich, charakterystyczne dialogi, ukazanie męskiej hipokryzji, no i aktorzy tak ujmujący. Po prostu …z babami źle, ale bez nich jeszcze gorzej. Moja ocena – 8/10

Srpski film (2010), reż. Srdjan Spasojević
Niektórzy uważają, że film ten może podobać się tylko niedorozwojom, upośledzonym, chorym psychicznie, pedofilom, lub osobom z niedo***aniem mózgowym. Widocznie się do nich zaliczam, ale lubię jak film ryje banie, ot co. Owiany złą sławą, kontrowersyjną i bardzo szokującą treścią powodującą obrzydzenie, bądź nawet odruch wymiotny. A ja… no ja bawiłem się świetnie, chociaż może to określenie w przypadku tego filmu jest nie na miejscu, ale na swój sposób do mnie trafił. Świetny montaż, świetna muzyka, no i porządne zrycie bani! Legenda głosi, że reżyser tym filmem chciał przedstawić nomen omen stosunek władz do serbskiego społeczeństwa. Moja ocena – 8/10

Get Rich or Die Tryin’ (2005), reż. Jim Sheridan
Rozumiem niechęć do Justina Biebera, filmu o nim, ale o co chodzi Amerykanom z 50 Centem? Nie mam pojęcia. Bardzo krytyczne recenzje, a w moich oczach przesadzone. Historia jak najbardziej nadawała się na fabułę filmową, a 50 Cent zagrał samego siebie, chociaż pod innym imieniem. Nie wiem skąd te rozbieżności, ale czy musi mnie to interesować? Film ogląda się świetnie, więc jeśli nawet niektóre fakty naciągnięto do granic możliwości, to ja to łykam jak młody pelikan. Urzekająca opowieść ‚from zero to hero’ A do tego na krzesełku reżyserskim Jim Sheridan – heloł! Moja ocena – 8/10

Synalek (1993), reż. Joseph Ruben
Majstersztyk to to nie jest. Wykorzystuje najprostsze i najbardziej lubiane przez przeciętnego widza tricki. Produkcji o podobnej fabule było już kilka i pewnie mnóstwo jeszcze zostanie nakręconych. Jednak to właśnie ta, głównie ze względu na mroczne wcielenie Kevina samego w domu, zdobyła moje uznanie. Nie jest to kino ambitne, ale utrzymuje w odpowiednim napięciu, mimo prostej i naciąganej historyjki. Logiki za wiele też tutaj nie ma, ale czy to najważniejsze? 😉 Moja ocena – 8/10

Sam (2001), reż. Jessie Nelson
Sean Penn, Michelle Pfeiffer, Beatlesi, a z drugiej strony upośledzony ojciec pragnący opiekować się swoją małą córeczką w imię miłości, do tego pomoc prawniczki, która przechodzi metamorfozę jakiej świat nie widział. Wzruszające? Wzruszające! chociaż prawie uroniłem łezkę, prawie udało im się mnie wciągnąć. Bardzo naiwna i nachalnie wzruszająca historia, ale jak można jej nie polubić?:) Walka z całym systemem prawnym, przeciwnościami losu, chorobą i to wszystko w tak ważnym celu. Takie rzeczy tylko made in USA – So cute. Moja ocena – 8/10

Księga ocalenia (2010), reż. Albert Hughes, Allen Hughes
Kino przygodowe to nie moja bajka, a tu jeszcze wmieszano motywy wiary, biblii. Generalnie bleeh. Ale nie w tym przypadku. Dlaczego? Odpowiedź bardzo prosta, i nazywa się Denzel Washington. W zasadzie to powinno wystarczyć, bo to mój ulubieniec i chyba wszystko z jego udziałem mi się podoba. Magia jakaś. Niby post-apokalipsa (wow), niby świetna historia (wow), ale to tylko pozory, bo z logiką to tutaj na bakier – zresztą nie tylko, bo postaci też niezbyt rozwinięte, takie jednoznaczne. A czy wspominałem, że lubię Denzela, który tutaj walczy momentami jak Nick Parkera w „Slepej furii”? Moja ocena – 8/10

Death Race: Wyścig śmierci (2008), reż. Paul W.S. Anderson
Kolejny raz typowe męskie kino, które ja ubóstwiam! Akcja jest, Statham jest, laski są, wybuchy są, pościgi są, trupy są, no więc zajebiście. A że fabuła naciągana i byle jaka, a zakończenie takie tandetne i koszmarne? To nic, bo rozrywka jest przednia! Na szczęście fabuła w oglądaniu zbytnio nie przeszkadza. A dodam, że kolejne części – sequele, czy tam prequele sequelu nie są też wcale takie tragiczne – wszystko utrzymane w podobnym klimacie i ogląda się wybornie. Moja ocena – 7/10

Ciacho (2010), reż. Patryk Vega
Czas na wisienkę na moim torcie. I chociaż nie jestem wielkim zwolennikiem „Ciacha” i nie uważam, że pysznie się ogląda, to uważam, że gnojenie tego filmu jest przesadzone, bo polska kinematografia wyprodukowała już o wiele większe gówna niż niniejsza produkcja. Może mało zabawna, może nie śmieszna, ale do porażki moim zdaniem tutaj brakuje. A już zestawianie z „Kac Wawą”, czy innymi gniotami, których nie da się w całości oglądnąć, to kompletna pomyłka. Może seans „Ciacha” to nie wybitna przyjemność, ale ma momenty i debilno-urokliwą piosenkę 🙂 Moja ocena – 5/10

Oczywiście to nie jedyne tytuły z mojej listy, ale starałem się wybrać tylko dziesięć by nie rozpisywać i nie ośmieszać się za bardzo 😉 Można uwzględnić także: Swing (2012)-Abelard Giza, Mocne uderzenie (2012) – Frank Coraci, Udręczeni (2009) – Peter Cornwell, Predator (1987) – John McTiernan, Osiem milimetrów (1999) – Joel Schumacher, Hooligans (2005) – Lexi Alexander, Deja Vu (2006) i Człowiek w ogniu (2004) – Tony Scott, Folwark zwierzęcy (1999) – John Stephenson i pewnie wiele innych.