United (2011) – Recenzja

United (2011)

/Wlk. Brytania/

Reżyser: James Strong
Scenariusz: Chris Chibnall
Obsada: Sam Claflin, Jack O’Connell, Ben Peel, Dougray Scott, David Tennant
Muzyka: Clint Mansell
Zdjęcia: Christopher Ross
Gatunek: Dramat, Sportowy
Czas trwania: 90 min

 

Glory, Glory Man United? Nie sądzę

‘Dzieciaki Busby’ego’ są istotną składową historii jednego z najpopularniejszych klubów na świecie. Nie bez przyczyny znalazło się dla nich miejsce w kibicowskiej przyśpiewce ‘Czerwonych Diabłów’, pt.: „Glory, Glory Man United!”. Podobną funkcję jak ta pieśń miała chyba pełnić telewizyjna produkcja Jamesa Stronga. Niestety, „United” ani nie motywuje, ani nie upamiętnia w specjalny sposób ofiar monachijskiej katastrofy lotniczej, podczas której zginęła znacząca liczba piłkarzy pierwszej drużyny z czerwonej części Manchesteru.

url

Gloryfikacja tamtej ekipy, jeśli miała być, nie udała się. Sam scenariusz wzbudza moje wielkie wątpliwości, bo nie skupia się na żadnym z poruszanych aspektów. „United” to historia klubu opowiedziana po łebkach, z mizernym wątkiem Bobby’ego Charltona, który przebojem wdziera się do pierwszego składu. Ciekawe, czy rzeczywiście legenda United miała takie przeboje zanim zaczęła regularnie grywać, i czy te wszystkie teksty à la ‘pracuj i walcz dalej, kiedyś się w końcu uda’ mają jedynie służyć do motywowania młodszych widzów, czy to rzeczywisty element życia piłkarza.
„United” przede wszystkim miało skupiać się na przypomnieniu ‘Dzieciaków Busby’ego’, ich zasług oraz odkryciu kulis katastrofy. Oczywiście nie można oprzeć się wrażeniu, że film w pewien sposób atakuje władze angielskiej federacji piłkarskiej, które próbowały zabronić Manchesterowi udziału w europejskich rozgrywkach, co okazało się później dramatyczne w skutkach. Nie chodzi tu o żaden zamach, a jedynie presje wywieraną na udział w krajowych rozgrywkach.

david-tennant-united

Źle mi się robi jak widzę tak przeciętne, albo słabe filmy o mojej największej miłości, czyli piłce nożnej (jakby się ktoś jeszcze nie domyślił). „United” wpisuje się w szereg piłkarskiego kina, które nie zachęca do tego sportu, ani tym bardziej do oglądania filmów o tej tematyce. W produkcji występują dosyć popularne brytyjskie nazwiska, które chyba miały przyciągnąć przed ekran, ale jak to w piłce… nazwiska nie grają. I jedynym, który trzyma poziom jest autor ścieżki dźwiękowej Clint Mansell. Chociaż jego melancholijno-sentymentalny twór nie przypomina jego wcześniejszego dorobku żadną nutą, to przyznam, że to jeden z niewielu pozytywnych aspektów „United”.
Przebieg katastrofy samolotu nie został odzwierciedlony zbyt dobrze. Może z racji budżetu, może z lenistwa, ale nie wierzę, że nie dało się tego przedstawić w ciekawszy i mniej banalny sposób, bo w obecnej formie naprawdę nie wzbudza zbyt wielu emocji, Wpływ tego wydarzenia na ekipę Manchesteru nie ma dramatycznego rysu i staje się w zasadzie obojętny w odbiorze. Zresztą jak cały film, który nie jest najlepszą reklamą tej dyscypliny, ale da się dotrwać do końca seansu. Chciałbym napisać, że to pozycja obowiązkowa dla każdego fana futbolu, ale nie mogę. Tylko z sentymentu 5/10.